Blog > Komentarze do wpisu
Kocham Amsterdam, część II
Amsterdam jest tolerancyjny.

To słowo ma w 33 1/3 RP bardzo złą reputację i na ogół jest używane w kontekście "pedały domagają się tolerancji dla swoich wynaturzonych parad w przeddzień jednego ze 140 świąt kościelnych w ciągu roku". Zapewne nie zaskoczy Was informacja, że w Amsterdamie wygląda to troszkę inaczej.

Po pierwsze, muszę rozwiać mylne wrażenie: Holandia, w sensie całości społeczeństwa, wcale nie jest tolerancyjna. Co więcej, w tzw. Bible belt mieszkają ludzie tak dewocyjnie religijni, że Polacy przy nich stanowią społeczeństwo rozwydrzonych ateuszy. Zdarzyło mi się kiedyś przejeżdżać samochodem przez wioskę i ujrzeć ludzi, którzy wychodzą przed dom i wygrażają mi pięściami. Zdziwiony spytałem kierowcę o powód niezwykłych gestów. Okazało się, że zakłócaliśmy dzień święty. (Było to w niedzielę.) Ale ja piszę o Amsterdamie i to Amsterdam kocham.

Tolerancja w Amsterdamie rozumiana jest zupełnie inaczej, niż w Polsce. Nie jest pojęciem pejoratywnym, nie służy jako obelga, zdań z użyciem słowa "tolerancyjny" nie wygłasza się przy pomocy wściekłego wrzasku. Tolerancja w Amsterdamie polega na tym, że każdy żyje sobie jak chce i daje innym żyć tak, jak chcą. Dotyczy to sfer wszelakich, co osoby o poglądach konserwatywnych na ogół rozpala do czerwoności -- w Amsterdamie możesz sobie sypiać z kim chcesz, zażywać przy tym takie substancje, na jakie akurat masz ochotę, po zakończeniu czynności ubrać się w to, w co masz ochotę i udać się tam, gdzie ci pasuje (na ogół na rowerze). Owszem, być może ktoś ci się przy tym przyjrzy, a nawet sfotografuje -- dwa tygodnie temu w sobotę zostałem dwukrotnie poproszony o pozowanie, przy czym za drugim razem fotografa ciekawił wyłącznie tatuaż na moim prawym przedramieniu -- ale nikt cię nie pobije, nie wyzwie, tudzież nie aresztuje za zachowanie nieobyczajne.

Oczywiście, jak to zwykle w przypadku utopii, istnieją wyjątki -- i jak to zwykle bywa, biorą się one z przekonania osób religijnych, że posiadły wyłączność na Prawdę i jedyny odpowiedni sposób na życie. W Amsterdamie mieszka mniejszość muzułmańska, która funkcjonuje w podobny sposób, jak w Londynie mniejszość polska, tzn. odmawia nauki języka, przyjęcia lokalnych zwyczajów i dostosowania się do panujących reguł, w tym reguł dotyczących tolerancji wobec osób homoseksualnych. W odróżnieniu jednakowoż od Polski sugerowanym rozwiązaniem nie jest legalizacja przemocy wobec homoseksualistów lub sugestie "robienia tego w domu po kryjomu", tylko edukacja młodych Marokańczyków dokonywana za pośrednictwem marokańskich rapperów i polityków uczestniczących w paradzie z okazji Gay Pride. Niemniej jednak, przez ostatnie trzy lata, z homofobią osobiście zetknąłem się raz, kiedy po meczu młodzi Utrechtczycy debatowali ze mną i między sobą na temat tego czy takie spodnie jak ja to noszą geje, czy nie tylko, w ten sposób nawet po pijaku prezentując wyższą kulturę osobistą niż warszawscy dresiarze zawodzący ponuro "peeedaaaaał" na widok tych samych czerwonych dżinsów.

Skoro o dżinsach mowa, ubieram się aktualnie we wszystko, na co mam ochotę, czasami wzbudzając zainteresowanie, a czasami nie. Ogrodniczki na gołe ciało (no, gołe ciało w majtkach) i rozwiany irokez zainteresowania nie wzbudzają. Poszarpane dżinsy, podkoszulek i kaszkiet typu "dziadzio idzie na ryby" spowodowały wytrzeszcz u połowy miasta. Czasami po przyjeździe do pracy lecę kurcgalopkiem do najbliższego lustra i sprawdzam, czy ptyk nie narybił mi na gływę, tak bardzo ludzie mi się przyglądają. Kompletnie nie wiem, od czego to zależy... Niemniej jednak, przyglądanie się w niczym mi nie przeszkadza, co więcej, jest reakcją wskazaną -- po coś w końcu się robię na bóstwo, nieprawdaż? Zaś poza przyglądanie nikt nie wykracza -- raz tylko nietrzeźwy turysta zawołał do mnie "hej, Indianinie" kiedy miałem na sobie kurtkę widoczną na fotce w bannerze.

Tak naprawdę cała dzisiejsza pisanina sprowadza się do tego, że w Amsterdamie wyglądam, zachowuję się i bywam tam, gdzie chcę i nie muszę się przejmować zwolnieniem z pracy, pijanymi dresiarzami, politykami mówiącymi o mnie per "zboczeniec" lub "pederasta", aresztowaniem za posiadanie odrobiny popiołu z jointa w kieszeni lub pocałowanie mojego faceta w miejscu publicznym, tym, czy kogoś urażam samym faktem swojego istnienia, bądź czy mój strój jest aby wystarczająco obyczajny dla napotkanych dresów, staruszek, księży i tak dalej. Co do wspomnianej mniejszości muzułmańskiej, zdaję sobie sprawę z jej istnienia, ale tak się składa, że od prawie dwóch lat mieszkam w dzielnicy, w której stanowię mniejszość rasową, otoczony przez Turków, Marokańczyków i Surinamczyków i jeszcze się nie zdarzyło, żeby którykolwiek powiedział bądź zrobił mi coś nieprzyjemnego -- przy czym myśl, że gdyby coś takiego nastąpiło, policja wyjdzie ze skóry, żeby mi pomóc, a dziennikarze lokalnych gazet opublikują pełne oburzenia teksty o przemocy wobec homoseksualistów, też jest w jakiś sposób przyjemna. Bo ja tu nadal jestem mniejszością, ale w odróżnieniu od Polski, nie jest to powodem do obaw lub wstydu. Ja tu jestem u siebie.
czwartek, 10 września 2009, navaira
TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do notki:
Komentarze
2009/09/11 10:16:16
Uwielbiam czytać krzepiące teksty przy porannym mleku. Będę miała fajny dzień.
-
Gość: Shield, etj57.neoplus.adsl.tpnet.pl
2009/10/06 22:09:35
Myślę, czy by się nie przeprowadzić do Amsterdamu w takim razie... Podbudowujące. Miłego dnia w Amsterdamie.