poniedziałek, 24 stycznia 2011
Straszne traktowanie Polaków w Holandii
Tak, wiem, nie pisałem. I nie pisałbym dalej, gdyby nie jakaś nowa moda na gazeta.pl na artykuły opisujące cieżką dolę biednych Polaków w strasznej Holandii pełnej złych Holendrów.

Już w leadzie czytamy:

Robicie kontrole w pokojach? - Musimy. By ci, którzy normalnie się zachowują, mogli żyć normalnie.

No jasne, bez kontroli to te polactwo to bydło jakieś, uważa... polski przedstawiciel agencji pośrednictwa... eee... źli Holendrzy... moment, bo ja tu się od razu do gardła rzucam, a najpierw trza koronki rozwiązać.

[...] normą są niespodziewane kontrole w miejscach zamieszkania - często zimnych przyczepach kempingowych, obskurnych hotelach, domach, w których na jedną łazienkę przypada kilkanaście osób. Pracownik agencji nawet bez wiedzy mieszkańców sprawdza, czy w pokoju jest czysto, czy wszystko jest na miejscu. Za uchybienia - kara pieniężna. Niektóre agencje naliczają kilkadziesiąt euro za brudną szklankę na stole czy niewyniesione śmieci. To samo gdy "inspekcja" znajdzie popielniczkę, bo palenie jest zabronione - wówczas płacą wszyscy mieszkańcy, niezależnie czy palą, czy nie.

To miło. Chyba zaczynam lubić polskie agencje pośrednictwa.

Patrycja Maciejewicz: Chciałby pan tak pracować?
Mariusz Lang*: Nie chciałbym, dlatego pracuję w Polsce.

Od razu mocne uderzenie. Źli Holendrzy... znaczy Polacy... ale nie ja tylko inni... źle robią Polakom, którzy są złymi patriotami i dlatego nie pracują w Polsce.

Gdyby ta Holandia była taka zła, to ludzie nie przyjeżdżaliby tutaj. Tymczasem mamy kolejki pod biurami. Zarabiają 3-4 tys. zł w branżach, w których w Polsce dostaliby 1,2 tys. zł.

Bo Holandia nie jest zła...

Oni znają ten system od kilkudziesięciu lat, aż 4 proc. z nich jest zatrudnionych jako pracownicy tymczasowi, najwięcej na świecie, a na pewno w Europie.

To jednak niewiele w porównaniu z mniej więcej połową Polaków zatrudnianych tam przez agencje.

- Mówimy o pracy tymczasowej na stanowiskach robotniczych: w fabrykach, zakładach mięsnych, przy robieniu sałatek. W Holandii nikt nie oczekuje tego, że dostaje stałą pracę, w jednym miejscu przez 40 godzin tygodniowo.

Nikt? O. To nie wiedziałem. *natychmiast przestaje oczekiwać swojej pracy, w której jednakowoż nie pracuje 40 godzin tylko 32 tygodniowo, gdyż jest leniwy i mu się nie chce*

Osoby z wyższymi kwalifikacjami, inżynierowie, programiści zazwyczaj pracują bezpośrednio w firmach.

Ale tego nie oczekują.

Dostać się na stały kontrakt jest trudno, najczęściej są umowy do pół roku, co nie zobowiązuje do niczego, nawet składki emerytalne nie są odprowadzane.

Naprawdę? (Naprawdę dotyczy składek, a nie pół roku i braku zobowiązań.) To zupełnie nie jak w Polsce, w Polsce wszyscy od razu dostają umowy na czas nieokreślony, a pracodawcy są znani z uczciwego płacenia składek.

Stałych kontraktów z zagwarantowaną liczbą godzin pracy jest rzeczywiście niewiele. Pracodawcy w Holandii generalnie nie zatrudniają Polaków na dłuższy okres.

Tym razem nie padło słowo "nikt", ani "wszyscy", tylko "generalnie", więc generalnie się nie mam do czego przyczepić.

Dajemy im też bezpieczeństwo mieszkania. Mamy program "Zero tolerancji" - w naszych miejscach zakwaterowania zabraniamy pijaństwa i bijatyk. Każda osoba, która pod wpływem alkoholu czy narkotyków naruszy spokój lub bezpieczeństwo innych mieszkańców, jest przez nas zwalniana, pakowana do busa i wysyłana do domu. W ciągu kilku lat odsetek tych, którzy zachowywali się w ten sposób, nie przekraczał 5 proc.

5 procent uprawia pijaństwo i bijatyki? Po zastanowieniu pochwalam regularne kontrole tego bydła.

To ludzie, którzy wyjeżdżali nie tylko z myślą o pracy. Wyrywali się od rodziców, od żon, chcieli zaszaleć, myśleli, że narkotyki w Holandii są legalne, tymczasem marihuanę można palić tylko w coffee-shopach.

Wcale nieprawda. Po pierwsze primo, posiadanie do 5 gram jest uznawane za przestępstwo o zerowej szkodliwości, co nie jest tym samym, co legalizacja, ale prawie. Po drugie primo, ja nie przepadam za coffeeshopami i palę albo w domu, albo np. w parku. Na ulicach w mojej dzielnicy jest zakaz palenia, ale to nie znaczy, że w całym kraju jest to nielegalne, tylko, że władze mojej dzielnicy tak zdecydowały. Pan Mariusz wciska kit.

Chcemy dać poczucie bezpieczeństwa pozostałym 95 proc. Nasz program ma komunikować: szanujmy się nawzajem.

Za pomocą nalotów i mandatów za posiadanie popielniczki?

Normalnie ludzie sami za siebie odpowiadają. A tu są prowadzeni za rękę: agencja daje mieszkanie, wozi do pracy, na zakupy, do kraju.

- Nic nie jest narzucone. Może sam sobie załatwić mieszkanie, są tacy, którzy zbierają się w grupę i razem wynajmują mieszkania. Tylko że kawalerka pod Eindhoven kosztuje 500 euro.

Gówno prawda.

Pana firmie musi się opłacać organizowanie mieszkań, dojazdów. Ile się płaci za miejsce w hotelu?

- 82 euro tygodniowo za miejsce w 3-4-osobowym pokoju.

82 euro x 4 osoby x 4 tygodnie w miesiącu = 1312 euro miesięcznie za 4-osobowy pokój. Za tyle w Amsterdamie da się wynająć mieszkanie. Dwa pokoje, kuchnia, łazienka. Nie w ścisłym centrum, ale też nie tak znowu daleko. Moje pierwsze mieszkanie, 4 lata temu, wynająłem za 1000 euro miesięcznie w centrum Amsterdamu.

Szybki rzut oka na funda.nl: za 615 euro miesięcznie można wynająć 3 pokoje, 90 metrów kwadratowych w Eindhoven. Nie znam Eindhoven i nie wiem, czy to jest w centrum, czy z dala, ale raczej nie jest to "pod" Eindhoven i nie jest to kawalerka. Dodajmy do tego opłaty za prąd, media, internet etc. i powiedzmy, że wyjdzie w sumie 900 euro miesięcznie. To jednak mniej niż 1312. Nie widziałem pokojów oferowanych przez agencję, ale 3-pokojowe mieszkanie dla 4 osób MUSI być bardziej komfortowe.

Firma, w której pracuje pan Mariusz zarabia na różnych rzeczach. Głównie zarabia na tym, że Polacy nie znają języka, nie umieją sami znaleźć mieszkania, pracy, boją się, że rodak, z którym wynajmą na mieście ich okradnie, a Holender wykorzysta i nie zapłaci. Agencjom tego typu bardzo odpowiada rozpowszechnianie wiadomości o tym, że kawalerki są drogie, a Holendrzy kradną i nienawidzą Polaków.

System zakwaterowania nie jest stworzony po to, by zarabiać. Tak samo z poszewkami - firma daje kołdrę i poduszkę, ale poszewek już nie, bo to nie jest hotel, tylko system zakwaterowania. Trzeba przywieźć swoją pościel.

To akurat nie jest wcale nietypowe, Holendrzy są skąpi i jeśli na czymś da się zaoszczędzić, to to robią. Osobiście jeździłem na weekendy na Texel wożąc ze sobą pościel...

Zarabia się na godzinie pracy pracownika. Proszę pamiętać, że mamy ogromne koszty. Na tysiąc osób pracujących za naszym pośrednictwem mamy 250 samochodów, a opłaty za dojazd nie pobieramy.

Urzekła mnie pana historia, panie Mariuszu. Cóż za instytucja charytatywna, kierująca się jeno dobrem pracownika i naukami JP2!

Są ludzie, którzy ciężko pracują, wracają do hotelu, stawiają flaszkę na stół i palma im odbija. Zdarzają się tacy, którzy pijani leżą na klombach. Ale tak samo leżą w Polsce. Mało tego, wiem o Holendrach, którym się to zdarzyło.

Pijani Holendrzy?! Nie, nigdy w życiu! To chyba tylko ci, co wynajmują kawalerki na przedmieściu po 500 euro!

Ani Polacy nie są dobrymi aniołkami, przepełnionymi po dziurki w zębach wiedzą, kwalifikacjami, znajomością języków i chęcią do uczciwej pracy, ani Holendrzy nie są potworami, nienawidzącymi wszystkiego, co obce i czyhającymi na biednego Polaka, coby go orżnąć. Ba, nawet agencja pana Mariusza nie jest łupiącą potworną kasę odnogą mafii. Ja po prostu nie lubię kwantyfikatorów typu "nikt", "wszyscy", "bardzo niewiele" oraz "generalnie". Można dostać pracę bez znajomości, bez pleców, z opłaconymi podatkami i składkami, na cały etat, ba, we własnym zawodzie. Można mieć przyjaciół i znajomych Holendrów, którzy za plecami nie mówią o mnie "ten pijak Polak co kocha papieża i nic nie robi tylko żre podwawelską". (Nie umieliby wymówić wyrazu "podwawelska".) Można mieszkać tu od ponad 4 lat i z niechęcią i chamstwem spotykać się wyłącznie wtedy, gdy wpadnie się na rodaka.
10:58, navaira
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 16 listopada 2009
Sekspert po polsku, część 98237
Jak to zwykle, kiedy mowa o seksie, małżeństwie, homoseksualizmie i tym podobnych, należy o zdanie zapytać księdza, który jak wiadomo ma we wszystkich tych sprawach ogromne doświadczenie. Tak więc nie dziwi nas, że gazeta.pl spytała księdza Jana Guzowskiego, czy homoseksualiści powinni "ujawniać swoją orientację". (Znamienne, że nikt nigdy nie pyta, czy heteroseksualiści powinni się "ujawniać". To, że nie spytano o zdanie żadnej zainteresowanej osoby homoseksualnej, zupełnie mnie nie zaskakuje.)

Ksiądz Jan rozpoczyna standardowym wstępem o tym, że seks pozamałżeński jest grzechem, po czym dodaje:

Moim zdaniem należy się ujawniać i zgodnie z ewangelią żyć w prawdzie. Ale nie należy się tym chwalić.

Zatem należy się ujawniać w sposób niezauważalny, np. pisać na kartkach "jestem homoseksualistą", a potem te kartki chować w szufladzie i zamykać na klucz. Albo też zakładać tęczowe bokserki, a na wierzch habit. Chciałem powiedzieć, dżinsy.

Ojciec Jan tłumaczy dalej:

Chodzi o to, żeby się ujawnić, ale żeby nie było to widziane jako propagowanie homoseksualizmu, pokazywanie się, chwalenie się: patrzcie, jestem homoseksualistą.

To ja bym jednak poprosił o konkrety. Pomrukiwanie pod nosem? Wstydliwe mamrotanie ze spuszczonymi oczętami?

Przecież osoby heteroseksualne raczej nie chwalą się związkami pozamałżeńskimi. Nie należy o tym rozpowiadać w telewizji, prasie.

Ksiądz to chyba w życiu gazety nie widział, o telewizorze nie wspominając. Czy ja mogę wspomnieć jedynie premiera rewolucji moralnej, pana Kazia Z Londynu i jego Isabel? Albo Alicję Bachledę-Curuś, o której grzesznym pozamałżeńskim porodzie dziecka znanego plejboja Kolina Ferela piszą wszystkie znane lub czasopisma oraz intelektualne portale typu Pudelek? Albo dowolny serial? Dowolny tabloid? Telewizja i prasa w ogóle rzadko się czymkolwiek innym zajmuje, niż związkami pozamałżeńskimi osób heteroseksualnych. Z rzadka poświęca moment uwagi związkom małżeńskim osób heteroseksualnych. Trafił ksiądz jak różańcem w płot.

Seksualność to sfera intymna. Kiedy zaczynamy głośno o niej opowiadać, przestaje taką być.

I to tłumaczy, dlaczego o pedofilii w Kościele najlepiej nie mówić, prawda.
10:34, navaira
Link Komentarze (2) »
środa, 16 września 2009
Kocham Amsterdam, część III


Amsterdam jest kolorowy.

Przez kilka pierwszych tygodni po przyjeździe tutaj oglądałem się z zachwytem za przechodzącymi postaciami. Być może pamiętacie moje opisy mężczyzny ubranego w zasłonę, tudzież kobiety przyodzianej w kapę z tapczana? Oprócz tego widziałem groźnych czarnoskórych ziomali we wściekle różowych dresach ze złotymi literami, do kompletu wyposażonych w równie różowe torebki; równie groźnych ziomali, ukradkiem podciągających wielce modne spodnie zwisające tak nisko, że groziły opadnięciem do kostek i wielce uncool upadkiem na ulicę; pancurów z zielonymi irokezami, tatuażami na twarzy, wszczepami w czaszce i dziurami w uszach rozciągniętymi do 5 cm; starsze panie przyodziane a la Doda, młode arabskie damy przyodziane szczelnie od stóp do głów w czarną tkaninę, odsłaniające jedynie twarz wymalowaną tak grubo i wyzywająco, że Doda przy tym stanowi wzór smaku typowego dla zakonnic. Oraz wszystko, ale to wszystko, co mieści się pomiędzy tymi granicami. Tudzież z pewnością parę rzeczy, które wystają poza te granice, a o których zapomniałem pod wpływem szoku i zachwytu.

Moje własne wyskoki odzieżowe, za które w Polsce parę razy o mało nie dostałem w mordę, bo co będzie takie kolorowe po naszych szarych ulicach łazić i prowokować, tutaj albo pozostają niezauważone, albo zauważone z uśmiechem, a czasami prośbą o możność sfotografowania. Dziurki w uszach, które rozciągnąłem do 14 mm zwyczajnie z ciekawości, czy się uda i jak mi z tym będzie, wzbudzały niekiedy wyrazy zachwytu, niekiedy zgrozy, niekiedy szczere pytania, czy to aby boli, nigdy natomiast nie wzbudziły niczyjej agresji.

Amsterdam kolorowy jest na więcej sposobów, niż tylko odzieżowo. Pomijam oczywiście rowery we wszystkich kolorach tęczy. Zachwyca mnie natomiast niesamowita międzynarodowość, międzyrasowość i ogólnie ten słynny tygiel kultur, dzięki któremu poznałem ludzi pochodzących z różnych kontynentów, krajów, prezentujących różnego rodzaju poglądy religijne, rodzaje urody, ulubioną kuchnię, filmy, etc. Poznałem kenijskiego Hindusa, który nigdy nie słyszał o Kylie, Pet Shop Boys i Madonnie, za to przedstawił mi swoich ulubionych wykonawców muzyki w Polsce określanej mianem "bolyłudu". (Oraz kilka swoich ulubionych filmów, którymi zachwyciłem się niewymownie.) Poznałem nadzwyczaj normalną i sympatyczną dziewczynę, która ubiera się w szorty i koszulki na ramiączkach, wygląda jak zawodowa modelka, rozmawia ze mną o tym, jacy faceci się nam podobają na siłowni... tyle, że chwilowo nie chodzi, bo obchodzi Ramadan. Przekonałem się namacalnie, że osoby czarnoskóre od nieczarnoskórych różnią się w zasadzie wyłącznie kolorem. (W Polsce łatwo nie być rasistą, skoro wszyscy są biali, podobnie, jak łatwo nie być antysemitą, ponieważ w Polsce właściwie nie ma Żydów -- to jeden z powodów, dla których niewymownie mnie zaskakują przejawy rasizmu i antysemityzmu wśród Polaków.)

Ulice Amsterdamu nie posiadają akcentu kolorystycznego nader typowego w Warszawie: billboardów. Reklamy, owszem, są. W gazetach, na przystankach autobusowych, niekiedy z boku tramwaju (ale rzadko -- i nigdy nie zasłaniają okien). Na okrągłych słupach ogłoszeniowych i w wyznaczonych niedużych ramkach na ścianach budynków. Żeby zobaczyć ogromne billboardy trzeba się zaudać w kierunku autostrady, gdzie z rzadka się takowe pojawiają. Zaś żeby zobaczyć całe budynki zasłonięte reklamami, należy się udać do Warszawy.
19:01, navaira
Link Komentarze (9) »
czwartek, 10 września 2009
Kocham Amsterdam, część II
Amsterdam jest tolerancyjny.

To słowo ma w 33 1/3 RP bardzo złą reputację i na ogół jest używane w kontekście "pedały domagają się tolerancji dla swoich wynaturzonych parad w przeddzień jednego ze 140 świąt kościelnych w ciągu roku". Zapewne nie zaskoczy Was informacja, że w Amsterdamie wygląda to troszkę inaczej.

Po pierwsze, muszę rozwiać mylne wrażenie: Holandia, w sensie całości społeczeństwa, wcale nie jest tolerancyjna. Co więcej, w tzw. Bible belt mieszkają ludzie tak dewocyjnie religijni, że Polacy przy nich stanowią społeczeństwo rozwydrzonych ateuszy. Zdarzyło mi się kiedyś przejeżdżać samochodem przez wioskę i ujrzeć ludzi, którzy wychodzą przed dom i wygrażają mi pięściami. Zdziwiony spytałem kierowcę o powód niezwykłych gestów. Okazało się, że zakłócaliśmy dzień święty. (Było to w niedzielę.) Ale ja piszę o Amsterdamie i to Amsterdam kocham.

Tolerancja w Amsterdamie rozumiana jest zupełnie inaczej, niż w Polsce. Nie jest pojęciem pejoratywnym, nie służy jako obelga, zdań z użyciem słowa "tolerancyjny" nie wygłasza się przy pomocy wściekłego wrzasku. Tolerancja w Amsterdamie polega na tym, że każdy żyje sobie jak chce i daje innym żyć tak, jak chcą. Dotyczy to sfer wszelakich, co osoby o poglądach konserwatywnych na ogół rozpala do czerwoności -- w Amsterdamie możesz sobie sypiać z kim chcesz, zażywać przy tym takie substancje, na jakie akurat masz ochotę, po zakończeniu czynności ubrać się w to, w co masz ochotę i udać się tam, gdzie ci pasuje (na ogół na rowerze). Owszem, być może ktoś ci się przy tym przyjrzy, a nawet sfotografuje -- dwa tygodnie temu w sobotę zostałem dwukrotnie poproszony o pozowanie, przy czym za drugim razem fotografa ciekawił wyłącznie tatuaż na moim prawym przedramieniu -- ale nikt cię nie pobije, nie wyzwie, tudzież nie aresztuje za zachowanie nieobyczajne.

Oczywiście, jak to zwykle w przypadku utopii, istnieją wyjątki -- i jak to zwykle bywa, biorą się one z przekonania osób religijnych, że posiadły wyłączność na Prawdę i jedyny odpowiedni sposób na życie. W Amsterdamie mieszka mniejszość muzułmańska, która funkcjonuje w podobny sposób, jak w Londynie mniejszość polska, tzn. odmawia nauki języka, przyjęcia lokalnych zwyczajów i dostosowania się do panujących reguł, w tym reguł dotyczących tolerancji wobec osób homoseksualnych. W odróżnieniu jednakowoż od Polski sugerowanym rozwiązaniem nie jest legalizacja przemocy wobec homoseksualistów lub sugestie "robienia tego w domu po kryjomu", tylko edukacja młodych Marokańczyków dokonywana za pośrednictwem marokańskich rapperów i polityków uczestniczących w paradzie z okazji Gay Pride. Niemniej jednak, przez ostatnie trzy lata, z homofobią osobiście zetknąłem się raz, kiedy po meczu młodzi Utrechtczycy debatowali ze mną i między sobą na temat tego czy takie spodnie jak ja to noszą geje, czy nie tylko, w ten sposób nawet po pijaku prezentując wyższą kulturę osobistą niż warszawscy dresiarze zawodzący ponuro "peeedaaaaał" na widok tych samych czerwonych dżinsów.

Skoro o dżinsach mowa, ubieram się aktualnie we wszystko, na co mam ochotę, czasami wzbudzając zainteresowanie, a czasami nie. Ogrodniczki na gołe ciało (no, gołe ciało w majtkach) i rozwiany irokez zainteresowania nie wzbudzają. Poszarpane dżinsy, podkoszulek i kaszkiet typu "dziadzio idzie na ryby" spowodowały wytrzeszcz u połowy miasta. Czasami po przyjeździe do pracy lecę kurcgalopkiem do najbliższego lustra i sprawdzam, czy ptyk nie narybił mi na gływę, tak bardzo ludzie mi się przyglądają. Kompletnie nie wiem, od czego to zależy... Niemniej jednak, przyglądanie się w niczym mi nie przeszkadza, co więcej, jest reakcją wskazaną -- po coś w końcu się robię na bóstwo, nieprawdaż? Zaś poza przyglądanie nikt nie wykracza -- raz tylko nietrzeźwy turysta zawołał do mnie "hej, Indianinie" kiedy miałem na sobie kurtkę widoczną na fotce w bannerze.

Tak naprawdę cała dzisiejsza pisanina sprowadza się do tego, że w Amsterdamie wyglądam, zachowuję się i bywam tam, gdzie chcę i nie muszę się przejmować zwolnieniem z pracy, pijanymi dresiarzami, politykami mówiącymi o mnie per "zboczeniec" lub "pederasta", aresztowaniem za posiadanie odrobiny popiołu z jointa w kieszeni lub pocałowanie mojego faceta w miejscu publicznym, tym, czy kogoś urażam samym faktem swojego istnienia, bądź czy mój strój jest aby wystarczająco obyczajny dla napotkanych dresów, staruszek, księży i tak dalej. Co do wspomnianej mniejszości muzułmańskiej, zdaję sobie sprawę z jej istnienia, ale tak się składa, że od prawie dwóch lat mieszkam w dzielnicy, w której stanowię mniejszość rasową, otoczony przez Turków, Marokańczyków i Surinamczyków i jeszcze się nie zdarzyło, żeby którykolwiek powiedział bądź zrobił mi coś nieprzyjemnego -- przy czym myśl, że gdyby coś takiego nastąpiło, policja wyjdzie ze skóry, żeby mi pomóc, a dziennikarze lokalnych gazet opublikują pełne oburzenia teksty o przemocy wobec homoseksualistów, też jest w jakiś sposób przyjemna. Bo ja tu nadal jestem mniejszością, ale w odróżnieniu od Polski, nie jest to powodem do obaw lub wstydu. Ja tu jestem u siebie.
poniedziałek, 31 sierpnia 2009
Zgodnie z prośbą niezbyt licznych czytelników ;) spróbuję opisać swój Amsterdam. Opis będzie mieć wiele odcinków, które będą się charakteryzować mętnością, niespójnością, niezliczonymi dygresjami i kulawą gramatyką. Spróbuję też uniknąć zdań typu "holenderski przysmak hagelslag, który najłatwiej opisać jako czekoladową posypkę używaną do kanapek", tudzież "wszechogarniający zapach skrętów z marihuany symbolizuje słynną holenderską tolerancję", bo nie piszę pierdół dla niedoinformowanych czytelników gazeta.pl, tylko list miłosny.

Kocham Amsterdam.

Po trzech niemal latach mieszkania "na obczyźnie" pierwszy raz czuję się w domu. Nigdy nie czułem się tak w Warszawie, nieprzyjaznym, szarym, brudnym molochu pełnym niesympatycznych ludzi, którzy nie uśmiechają się do siebie, nie tolerują żadnych odmienności (owszem, Warszawa na tle innych polskich miast jest szalenie tolerancyjna, niemniej jednak to ciągle poprawa na miarę dowcipu o Stalinie, co mógł zabić. Kochać Warszawę można, jednak jest to zajęcie trudne, niewdzięczne, masochistyczne i wymagające ciężkiej pracy. Kochać Amsterdam jest bardzo łatwo.

Przede wszystkim, Amsterdam jest miastem pięknym. Dawno temu z Szacownym Eksmałżonkiem stwierdziliśmy, że celem obejrzenia ładnego kawałka Amsterdamu należy wyjść z domu i ruszyć w dowolnym kierunku. Ułatwiło nam mieszkanie w Dzielnicy Czerwonych Latarni, która mieści się trzy minuty od centrum. Amsterdam, owszem, posiada brzydkie fragmenty, ale tak się składa, że zwyczajnie w nich nie bywam. Bywam głównie albo na północy, gdzie mieszka mój mężczyzna, albo na zachodzie, gdzie mieszkam ja, albo w centrum, gdzie pracuję i uprawiam rozrywki. Wszystko, co widuję w tych trzech miejscach oraz pomiędzy, niezależnie od trasy, dostarcza szalenie przyjemnych wrażeń estetycznych.

Wielką pomocą w otrzymywaniu przyjemnych wrażeń estetycznych jest posiadanie roweru. Na jazdę na bicyklu namówił mnie wspomniany mężczyzna, który sprezentował mi rower, który stał u jego brata w ogrodzie i spokojnie rdzewiał. Maszyna, po dokonaniu niezbędnych napraw, opłaconych przez moją firmę okazała się urządzeniem nieziemskim, dzięki któremu mogę szaleć po terenie dowolnym, nie obawiając się, że zdewastuję rower -- mój Rambler jest poobijany, nieco nadgryziony rdzą, ma około 240 biegów, zero amortyzacji, jeździ szybko, pewnie i w ciągu kilku tygodni zmienił mnie z użytkownika tramwajów w szalonego rowerzystę, jednego z tych, którzy podjeżdżają do Ciebie od tyłu i nagle dzwonią dzwonkiem kiedy już-już mają w Ciebie wjechać. (Jak się okazuje, ten zwyczaj bierze się z niewiary w to, że pieszy może być tak masakrycznym kretynem, żeby powoli leźć środkiem jezdni, nie rozglądając się dookoła.)

Mój mężczyzna po raz pierwszy pokazał mi, jak wygląda północ Amsterdamu, do której udajemy się, rzecz jasna, na rowerze, przy pomocy promu (lub przy pomocy bardzo długiego mostu). Wygląda otóż tak, że najpierw mijamy supermarket, potem mijamy prześliczne domki które niepostrzeżenie zamieniają się w bardzo ładną, zadbaną wieś, a potem nagle znajdujemy się wśród dzikiej natury, w której to naturze możemy na przykład się opalać, pływać (jeśli nie przeszkadza nam kamienistość plaży) i czuć się, jakbyśmy byli 100 kilometrów od domu, a nie 10. Sam zaś doznałem niebywale przyjemnego uczucia jazdy wzdłuż wybrzeża Het IJ w środku letniej nocy, podziwiania świateł odbijających się w wodzie, przepięknej nowoczesnej architektury i oddychania świeżym, pachnącym morzem, powietrzem.

Czego na rowerze nie lubię? Skrzyżowania Marnixstraat z Elandsgracht, na którym regularnie usiłuję wpaść pod autobus, który czai się znienacka i wyskakuje zza latarni kiedy już-już mi się zdaje, że nic nie nadjeżdża, oraz Leidseplein, który napawa mnie konfuzją, nie rozróżniam tam kierunków i gubię się za każdym razem. (Mam  planach spędzenie kiedyś dnia na wjeżdżaniu i wyjeżdżaniu z Leidseplein różnymi ulicami po to, żeby się tego miejsca wreszcie nauczyć.) Poza tym lubię wszystko, nawet wiatr wiejący w twarz, który powoduje, że do pracy docieram zlany potem. Lubię być zlany potem. Tego też nauczyłem się w Amsterdamie.

Ciąg dalszy nastąpi...
niedziela, 30 sierpnia 2009
Artykuł o Amsterdamie
Co prawda pominąwszy zdjęcia miałem wrażenie, że dama pisze o innym mieście niż to, w którym ja mieszkam (otwarte drzwi dzięki którym ulica staje się przedłużeniem domu...? to na pewno nie w centrum, nie na zachodzie i nie na wschodzie Amsterdamu, może, eee, w pozostałych częściach...), ale artykuł przyjemny...

Ktoś jeszcze pamięta o tym blogu? Mam napisać o moim Amsterdamie, czy się nie fatygować? :)
22:39, navaira
Link Komentarze (9) »
piątek, 27 marca 2009
Caption this
wtorek, 24 lutego 2009
Premier z Gorzowa i jego słynna poetka
Powinienem w zasadzie napisać tę notkę wierszem, ale moje talenta właśnie osłabły na widok poezji Isabel, dziewczyny słynnego konserwatysty dla którego rodzina jest najważniejsza, eks-premiera Marcinkiewicza. Oto próbki poezji:

"Piszą o czymś szalenie normalnym
Ale wymyślają jak uczynić to antyintelektualnym"

"Media w Polsce otwartymi się stają
A mimo wszystko tolerancji nie pochwalają?!"

"Więcej o mediach pisać nie będę i nie muszę
na inny temat skieruję mą poetycką duszę"

Ot, sztuka. Proszę się nie przejmować, droga Isabel (wybacz, że ja do Ciebie tak konfidencjonalnie, pokrewieństwo artystyczne, które czuję pozwala mi na taką poufałość). Prawdziwi artyści na ogół zrozumienie zdobywają dopiero po śmierci.
środa, 18 lutego 2009
Kasia w kryzysie
Czytam sobie różne artykuły o kryzysie i dochodzę do wniosku, że prasa w pogoni za sprzedażą napisze wszystko.

Żeby nie było (bo zaraz mi się tu wyborcy PiSs zlezą), nie mówię tylko o Wyborczej. Takie same artykuły są w Het Parool, Metrze i w Rzepie (specjalnie wszedłem na stronę Rzepy i zaraz się ucieszyłem określeniem bloga Wojciecha Orlińskiego mianem "artykułu z Wyborczej"). Wszędzie ilustrowane dowodami anegdotycznymi w stylu Kasi z Krakowa, która to Kasia kupiła sobie dom za 5 milionów zł za swoją pensję asystentki sprzątaczki w Carrefour, a teraz nie może go spłacić, gdyż jest kryzys, toteż Kasia żywi się aktualnie ogryzkami znalezionymi w śmietniku, a mieszka w toalecie męskiej na dworcu.

Gdyby takie artykuły były tylko głupie, nie byłoby problemu. Oczywiście, opisują one jakąś tam prawdę, np. ten artykuł opisuje historię rzeczywistą człowieka, który zarabiając wraz z żoną 10000 zł netto wziął kredyt na ponad milion złotych, działkę wartą 50 tysięcy kupił za 150, a teraz biedak nie ma pieniędzy, żeby to wszystko spłacać. Oczywiście, przykra to historia. Ale głównie razi głupota -- zarówno kredytobiorcy, który uznał, że skoro teraz zarabia 10000 zł, to już nigdy nie zarobi mniej, jak i kredytodawcy, który uznał, że danie milionowego kredytu na 30 lat parze z zarobkami 10000 zł jest na pewno bezpieczne. To nie kryzys spowodował głupotę, to głupota spowodowała kryzys.

Ja też się trochę boję kryzysu. Kto by się nie bał, kiedy co dnia straszą kolejne artykuły, wielkie wykresy i czerwone strzałki w dół, w dół, -10%, -20%, "BEZROBOCIE WZROŚNIE W TYM ROKU być może NAWET O 4%"? Też kupiłem mieszkanie. Tylko nie za milion złotych (ani nawet nie za milion euro). Za kupione mieszkanie płacę miesięcznie o 400 euro mniej, niż gdybym podobny lokal wynajmował na wolnym rynku. Nie mam samochodu, nie mam dzieci, nie mam działki kupionej za 150 tys. euro wartej 50 tys. euro. (Nawiasem mówiąc, wiem, że doradców prezydenta i wyborców PiS to nie przekonuje, ale w Holandii kurs euro wynosi 1 euro i zupełnie się nie zmienia z dnia na dzień. Ile wynosi kurs franka nie mam pojęcia, nie znam nikogo, kogo by to jakoś specjalnie zajmowało.) Ale mam pewne zachcianki, rzecz jasna. Na przykład kupiłbym sobie kilka par butów. I nowy gramofon. I ogólnie bym wyskoczył do Berlina na ciuchy, do Warszawy na pierogi, a do Londynu na imprezkę. Ale zanim kupię bilet czy inne sneakersy drżą mi ręce i pocą się stopy, bo przecież JEST KRYZYS. Co z tego, że pracuję w non-proficie, który co roku ma ustalany budżet na rok następny, więc moje zarobki są absolutnie pewne do grudnia (a tak naprawdę do grudnia 2010 też)? Co z tego, że przy holenderskim prawie pracy jestem praktycznie nie do zwolnienia, bo najpierw musiałbym dostać trzy upomnienia na piśmie, a nie daję do takowych powodów, a potem na zwolnienie mnie musiałby jeszcze zgodzić się związek zawodowy? KRYZYS JEST, szepcze mi coś z tyłu głowy, a przed oczami stają czerwone strzałki i groźne wykresy. LEPIEJ OSZCZĘDZAJ.

I z tego rzeczywiście może się wziąć większy kryzys. Bo nie tylko ja -- zdawałoby się człowiek w miarę inteligentny i racjonalny (tu wstawcie złośliwe odpowiedzi) -- na wszelki wypadek ograniczam wydatki. Robią tak prawie wszyscy. A jeśli na przykład jedna trzecia osób postanowi nie polecieć samolotem, to linia lotnicza zarobi 1/3 mniej pieniędzy, z czym poradzi sobie na typowy kapitalistyczny sposób, zwalniając 1/3 pracowników i dając CEO wysoką premię za poprawienie w ten sposób wyników na giełdzie. Bank zmniejszy ilość udzielanych kredytów, zwolni 1/3 pracowników i da dyrektorowi premię. A gazety sprzedadzą tyle samo egzemplarzy co przed kryzysem, a naczelny dostanie premię za sprytne umieszczenie na pierwszej stronie wielu strasznych wykresów, dzięki czemu udało się uniknąć spadku sprzedaży.

I tylko Kasia z Krakowa dalej będzie mieszkać w toalecie męskiej na dworcu. W męskiej, bo co to za nagłówek byłby, gdyby mieszkała w damskiej?
piątek, 13 lutego 2009
Legalize it!
Zawsze miałem dobre zdanie o Marku Balickim i to, co właśnie przeczytałem tylko je polepszyło: "Polityka "zero tolerancji", karania za posiadanie nawet niewielkiej ilości środków odurzających przegrała wszędzie tam, gdzie została wprowadzona - mówi portalowi Gazeta.pl Marek Balicki. [...] Balicki podkreśla, że trzeba zastanowić się nad strategią polityki narkotykowej w Polsce. Rozszerzanie listy substancji zakazanych to jego zdaniem "nie jest żadne rozwiązanie problemu". - Powinniśmy pilnie znieść kary za posiadanie niewielkich ilości na własny użytek i wprowadzić mądrą edukację w szkołach - podkreśla poseł SDPL. - Prohibicja się nie sprawdza, a powoduje więcej szkód. Racjonalnym wyjściem byłaby legalizacja - mówi Balicki. Zaznacza jednak, że trudno na ten temat rozmawiać, "bo politycy natychmiast wskakują na wysokie tony i zaczynają straszyć"." No, taki kraj, panie Marku. 404 posłów przeciwko "dopalaczom", 5 za. Ilu wie, jak takie coś działa? Obstawiam, że może 20, z czego 15 z własnego doświadczenia... No, ale ojciec Rydzyk patrzy, trzeba zakazać...
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 23